wtorek, 13 grudnia 2016

Jak co miesiąc pora na kolejną odsłonę cyklu Obejrzane. Zamierzałam opublikować ten wpis dużo wcześniej, bo mam wam tyle ciekawych tytułów do polecenia, ale ostatnimi dniami rozłożyło mnie jakieś choróbsko i nie miałam nawet siły, aby przysiąść do bloga. 

Jeżeli jesteście ciekawi jakie tytuły polecałam we wcześniejszych odsłonach Obejrzanych to zapraszam TUTAJ i TUTAJ.

Tak jak wspomniałam listopad obfitowałam w mnogość godnych uwagi filmów i seriali. Obejrzałam mnóstwo inspirujących rzeczy i teraz chciałabym się nimi z wami podzielić, więc zaczynamy!!

Asthma  - gdy byłam nastolatką wręcz uwielbiałam kino drogi. Filmy, w których głowni bohaterowie (najlepiej jeśli byli kochankami) przemierzali bezkresne amerykańskie drogi szukając zapomnienia, uciekając przed mroczną przeszłością. Wydaje mi się, że ten zacny gatunek filmowy popadł w niełaskę w ostatnich latach, filmowcy nie sięgają po niego już tak chętnie. Ale mi udało się znaleźć prawdziwą perełkę dla wszystkich miłośników kina drogi. Jest nią film Asthma - po części kino drogi, po części romans. Historia chłopaka, który chce ze sobą skończyć, ma ewidentne problemy z narkotykami i pewnego dnia pod wpływem impulsu kradnie wypasioną furę aby ruszyć w nieznane. Zupełnie przypadkiem trafia na dziewczynę, która kiedyś zauroczyła go podczas koncertu (w tej roli zjawiskowa Krysten Ritter). Tak się składa, że ona wybiera się do znajomego, żeby zrobić mu tatuaż. Para wyrusza tam wspólnie. Co dzieje się później ? Musicie przekonać się sami oglądając film.

Może i jest trochę hipsterski, może i nie jest to dzieło przełomowe, ale wierzcie mi warto go obejrzeć. Film ma klimat i jest w nim coś co sprawia, że z ogromną przyjemnością ogląda się go do ostatniej minuty!

Inscure / Niepewne - mówiłam wam już, że uwielbiam seriale HBO? Na pewno mówiłam i to nie jeden raz. Po zakończeniu ostatniego sezonu Girls brakowało mi takiego mocnego, porządnego serialu dla kobiet. Nie mam na myśli jakiegoś słodko pierdzącego sitcomu, ale serialu, w którym kobiece postacie są z krwi i kości, a twórcy nie boją się poruszać poważniejszych tematów. Takim serialem, który naprawdę polecam wam z całego serca jest Insecure. Pierwszy sezon obejmuje zaledwie kilka 20paru minutowych odcinków, ale po tym co zobaczyłam mam ogromną ochotę na więcej!

Główną bohaterką jest Issa, młoda Afroamerykanka mieszkająca w Los Angles. Pracuje dla organizacji non profit zajmującej się niesieniem pomocy nastolatkom z biednych rodzin. Serial opowiada o jej codziennym zmaganiu się z bardzo przyziemnymi problemami - ułożeniem relacji z chłopakiem, który nie może znaleźć pracy, tęsknotą za byłym partnerem, rasizmem, chęcią zawodowej realizacji. Wszystko jest przedstawione w bardzo realistyczny sposób. Momentami język bywa mocny, ale zaraz kto powiedział, że kobiety muszą operować wyłącznie zdrobnieniami?

Too Late - kolejna propozycja filmowa w dzisiejszym poście i to bardzo ciekawa. Jeśli lubicie filmy, które są dziwne i mocno pokręcone to powinna was zainteresować ta propozycja. Do tego dorzucimy postać prywatnego detektywa, kluby ze striptizem, dilerów narkotykowych i mamy ogólny zarys fabuły Too Late.

Film, coś na wzór Pulp Fiction składa się z kilku pozornie niepowiązanych ze sobą historii, ale na koniec, jak to w dobrym kinie bywa wszystko nabiera sensu i elementy układanki wskakują na swoje miejsce.

Aquarius / Era Wodnika - fabuła serialu inspirowana prawdziwymi zdarzeniami opowiada o grupie Charlesa Mansona, a w jednej z głównych ról występuje David Duchovny. Brzmi nieźle, prawda? W sumie jak przepis na serialowy hit, zastanawiacie się więc dlaczego niewiele z was o nim słyszało? Hmmm, jakby to ująć ... Pomysł na serial może i był obiecujący, ale efekt jest co najwyżej dobry. Jeżeli zainteresowała was tematyka i lubicie Duchovnego (a kto by go nie lubił po Californication?) to dajcie serialowi szansę, ale nie oczekujcie fajerwerków.

 The Fall 3 - jeden z moich ulubionych seriali wrócił w wielkim stylu i możemy podziwiać sezon 3, ostatni już jak sądzę. 

Jest to fenomenalny kryminał, który od początku do końca zachwyca i przeraża jednocześnie. Od pierwszego odcinka doskonale wiemy kto jest mordercą i możemy z bliska śledzić każdą zbrodnię jak i poprzedzające ją przygotowania. Równocześnie śledzimy pracę pięknej pani inspektor (w tej roli doskonała Gillian Anderson). Ponoć postać głównego bohatera, seryjnego mordercy była wzorowana na Tedzie Bundyn, na pozór wzorowym mężu i ojcu. Jeżeli lubicie dobre kryminały musicie obejrzeć The Fall. Każdy z trzech sezonów jest na równie wysokim poziomie. 

niedziela, 04 grudnia 2016

Dwa miesiące temu dzieliłam się z wami wrażeniami świeżo po przekłuciu chrząstki ucha, a dokładnie daith piercing. Jeśli jesteście ciekawi zapraszam TUTAJ. Przekłucie było mniej bolesne niż się spodziewałam i z wyjątkiem obfitego krwawienia, cały proces przekłucia przebiegł bardzo pozytywnie. Pierwsze dni, a nawet tygodnie po przekłuciu też okazały się zaskakująco bezproblemowe – krwawienie ustało, nie odczuwałam żadnego bólu, nie było ropy. Byłam zadowolona z tak pozytywnego przebiegu gojenia i nadal systematycznie czyściłam miejsce przekłucie Octeniseptem. Oczywiście nie zmieniałam kolczyka, nie dotykałam miejsca przekłucia, nie bawiłam się biżuterią itp. Przestrzegałam wszystkich zasad higieny, jakie obowiązują podczas gojenia świeżego przekłucia. Byłam przekonana, że wszystko idzie w dobrym kierunku, aż nagle mięcej więcej w 3. tygodniu po przekłuciu zauważyłam, że coś zaczyna się dziać przy górnej kulce kolczyka. Początkowo wyglądało to jak opuchlizna, później zaczęła się tworzyć gulka przy górnej dziurce. Niestety stawała się coraz większa z każdym dniem. Po tygodniu wyglądała w ten sposób:

Oczywiście zaczęłam szukać pomocy w internecie. Przeczytałam setki postów na forach internetowych. Niestety na polskich forach i stronach internetowych nie znalazłam właściwie żadnych informacji, natomiast anglojęzyczne fora mają do powiedzenia dużo więcej, gdy wklepie się w google hasło daith piercing bump. Okazuje się, że gulki przy kolczykach na chrząstkach są bardzo powszechnym problemem. Natknęłam się na co najmniej 5 często polecanych sposobów na taką dolegliwość. Najpopularniejszym jest moczenie przekłucia w roztworze niejodowanej soli morskiej z wodą, ponoć przynosi dobre i szybkie rezultaty. Byłam zdeterminowana, aby wypróbować tę metodę, ale nigdzie nie znalazłam soli morskiej, która byłaby niejodowana :( Szperając dłużej w necie dotarłam do informacji, że sól fizjologiczna ma podobne właściwości do opisanego powyżej roztworu. Jednak zwyczajne przemywanie kolczyka solą fizjologiczną nie wystarczało, gula nie zmniejszała się. Później wpadłam na pomysł, aby robić okłady z soli fizjologicznej. Na złożony w pół wacik kosmetyczny wlewałam cała zawartość ampułki z solą fizjologiczną i wacik ten umieszczałam w uchu, tak aby przykrywał cały kolczyk wraz z nieszczęsną gulką. Wacik zostawiałam tak na ok. 20 minut, a czynność tę powtarzałam kilka razy dziennie. Już po dwóch dniach dostrzegłam ogromną różnicę, gulka zaczęła się zmniejszać, robiła się coraz bardziej płaska z każdym takim okładem. Po tygodniu właściwie całkiem zniknęła, poniżej możecie zobaczyć zdjęcia zrobione dziś rano (od 4 dni nie stosuję już okładów):

 Jak widzicie różnica jest ogromna, gdyby nie okłady z soli fizjologicznej nie wiem jak duża byłaby gula w dniu dzisiejszym. Gdy zaczęłam stosować okłady była prawie tak duża jak nakrętka na kolczyku. Przerażona tempem jej powiększania się byłam bliska wyjęcia kolczyka. Dlatego jeśli macie podobny problem z kolczykiem w tej lub innej chrząstce nie poddawajcie się i spróbujcie walczyć :)

W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że ta gulka była jedynym problemem jaki miałam z kolczykiem. To znaczy, nie odczuwałam nigdy bólu w miejscu przekłucia, nie było wycieku ropy ani osocza, ucho nie było spuchnięte ani zaczerwienione, na kolczyku nie pojawiały się strupki. Piszę o tym, bo na forach często pojawiał się temat bólu, ropy gdy był poruszany temat takich gulek. A takie objawy mogą świadczyć o infekcji – wówczas nie sądzę, aby okłady z soli fizjologicznej wystarczyły.

Innym polecanym sposobem na walkę z gulkami przy przekłuciach chrząstek są okłady z pasty aspiryny. Pastę taką można wykonać z rozkruszonej tabletki aspiryny w połączeniu z kilkoma kroplami wody. Przetestowałam i nie polecam tej metody, bo podrażniła moją skórę. Miejsce przekłucia stało się zaczerwienione, lekko spuchnięte i swędzące. Dałam sobie spokój po jednorazowej próbie.

Kolejnym tematem, jaki chciałabym poruszyć są bóle głowy. Jak pisałam wam TUTAJ, czyli w moim wcześniejszym poście o przekłuciu typu daith, kolczyk zapracował sobie na miano „lekarstwa na migreny”. Przekłucie tej chrząstki ucha ponoć stymuluje te same nerwy, które są stymulowane podczas akupunktury w celu wyeliminowania migrenowych bólów głowy. Minęły dwa miesiące odkąd mam kolczyk i faktycznie częstotliwość bólów głowy w moim przypadku znacznie się zmniejszyła. Nigdy nie cierpiałam na migrenę, ale ból głowy pojawiał się od czasu do czasu, a od momentu przekłucia ból głowy miałam raz lub dwa i nie było to nic silnego. Na tą chwilę trudno mi powiedzieć czy był to zbieg okoliczności czy zbawienne działanie kolczyka. Na pewno odezwę się jeszcze do was gdy minie więcej czasu.

Mam nadzieję, że ten post pomoże przynajmniej jednej osobie, która napotka podobny problem podczas gojenia kolczyka typu daith lub na innej chrząstce ucha. Gdyby nie kopalnia informacji, jaką jest internet z pewnością nie udałoby mi się uratować mojego kolczyka i dziś byłby tylko ładnym wspomnieniem.

sobota, 03 grudnia 2016

W ostatnich miesiącach testowałam sporo nowych podkładów. Jak zapewne wiecie uwielbiam recenzować kosmetyki kolorowe i dziś właśnie chciałabym wam opowiedzieć o takiej kosmetycznej perełce wśród kosmetyków do makijażu.

Bohaterem dzisiejszej recenzji jest Vichy Teint Ideal fluid rozświetlający, który maskuje niedoskonałości i nadaje skórze blasku. Ja wybrałam  odcień 15 Ivory Clair, który jest najjaśniejszym z dostępnej gamy kolorystycznej. Dlaczego zdecydowałam się akurat na ten kosmetyk? Po pierwsze, słyszałam wiele dobrego na temat fluidów Vichy, a po drugie uwielbiam rozświetlające kosmetyki. 

Produkt jest zapakowany w bardzo stylowy, miły dla oka złoty kartonik. W środku znajduje się fluid w szklanej butelce z wygodnym i higienicznym dozownikiem w formie pompki. Opakowanie prezentuje się bardzo efektownie, sugeruje że mamy do czynienia z produktem z wyższej półki.

Konsystencja fluidu natychmiast zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, wiedziałam że moja skóra dobrze się z nim „dogada”. Jest to fluid o dość rzadkiej, mokrej konsystencji, ale nie nadmiernie płynnej. Jego aksamitne wykończenie sprawia, że jest to bardzo łatwy i przyjemny w aplikacji produkt. Nakładając go na skórę mam wrażenie, że nie muszę wkładać żadnego wysiłku w równomierną aplikację, a skóra nie tylko nabiera jednolitego kolorytu, ale też staje się bardziej nawilżona. Momentami wydaje mi się, że nakładam krem pielęgnujący, a nie kolorówkę.

Uwielbiam fluidy, które dają efekt photoshopa na twarzy i taki właśnie jest Vichy Teint Ideal. Cera staje się wygładzona, jej koloryt wyrównany i nabiera pięknego blasku, zupełnie jakby pracował nad nią grafik komputerowy ;) Jeżeli stronicie od podkładów rozświetlających w obawie przed efektem bombki choinkowej to w przypadku tego fluidu nie macie żadnych podstaw do obaw. Teint Ideal nie zawiera żadnych widocznych gołym okiem drobinek. Rozświetlenie w tym przypadku polega bardziej na dodaniu zdrowego blasku skórze, w efekcie wydaje się ona zdrowsza i bardziej wypoczęta.

Fluid ten ma dobre krycie, ale nie jest kosmetykiem mocno kryjącym, który zakryje np. z duże zmiany trądzikowe. Za to rewelacyjnie radzi sobie z matowieniem skóry mimo iż jest to kosmetyk rozświetlający. Strefa T nie wymaga poprawek przez cały dzień. Podobnie jest z resztą twarzy, trwałość jest jednym z największych atutów tego produktu. Po 12 godzinach wygląda na twarzy świeżo jak w momencie nałożenia go podczas porannego makijażu.

Zdecydowanie polecam fluid Vichy Teint Ideal, bo chyba każda z nas marzy o efekcie wypoczętej cery pełnej blasku.

niedziela, 27 listopada 2016

Wiem, że moje wpisy dotyczące tego jak osiągnąć platynowy odcień blondu cieszą się dużą popularnością. Dziś zapraszam was na kolejny post poświęcony tej tematyce. 

Jak wiecie utrzymanie chłodnego, szarawego odcienia blondu jest nie lada wyzwaniem i ciągłym dążeniem do tego, aby zupełnie wyeliminować żółty odcień. Z pomocą przychodzą nam tonery, płukanki oraz fioletowe szampony dedykowane włosom w kolorze blond. W dzisiejszym poście zrobię mały przegląd fioletowych szamponów i powiem wam które lubię najbardziej. Zaczynamy!

Marion, Mirabell szampon ultra mocny

Jest to mój najnowszy nabytek i szampon, którego obecnie używam przy każdym myciu włosów. Jego cena jest śmiesznie niska, wydaje mi się że zapłaciłam za niego ok 7zł. Zaciekawił mnie napis ultra mocny. Liczyłam na intensywne "poszarzenie" włosów i w sumie nie zawiodłam się. Szampon naprawdę porządnie wyciąga z włosów zółty pigment. Stosując go nie muszę nawet sięgać po fioletową płukankę. Włosy wyglądają po jego użyciu przyzwoicie, miałam lepsze szampony ale nie jest źle. 

Schauma, Srebrne refleksy

Ten szampon zdecydowanie wygrywa w moim zestawieniu! Zastanawiacie się pewnie dlaczego więc przerzuciłam się na fioletowy szampon Marion. Otóż od jakiegoś czasu nie widuję już tego szamponu na sklepowych półkach. Wydaje mi się, że został wycofany ze sprzedaży, ale jeśli widziałyście go gdzieś to dajcie znać :) 

Ten szampon pozwala uzyskać najładniejszy odcień platynowego blondu. Określiłabym go jako chłodny, wręcz mroźny blond. Włosy są błyszczące i podatne na układanie po jego zastosowaniu. Powiedziałabym nawet, że dodaje objętości.

Joanna, Ultra Color System

Tego szamponu używałam jakiś czas temu, ale z tego co pamiętam to jego działanie było najsłabsze. Nie przypominam sobie, że jakkolwiek wpływał na odcień blond włosów. 

Rossmann, Silver Shampoo

Ten szampon był najgorszy ze wszystkich testowanych przeze mnie fioletowych szamponów. Chyba nawet nie zużyłam go do końca. Producent zaleca przytrzymanie go na włosach przez kilka minut, ale nawet wydłużenie tego czasu nie sprawiło, że włosy nabrały platynowego odcienia. Nie polecam!

W ostatnim czasie ShinyBox nie przestaje pozytywnie mnie zaskakiwać! Z miesiąca na miesiąc boxy są coraz lepsze, ale w tym miesiącu zespół odpowiedzialny za zawartość pudełka przeszedł sam siebie! Gdy otrzymałam listopadowe pudełko na mojej twarzy natychmiast pojawił się szeroki uśmiech. Było wypchane po brzegi wspaniałymi kosmetyki do pielęgnacji i mnóstwem kolorówki, nie zabrakło też fajnych gadżetów od sklepu pewex.pl, przy współpracy z którym powstało pudełko.

Listopadowy box nosi nazwę Dobra Partia i jego szata graficzna nawiązuje do czasów mojego dzieciństwa. Pudełko zdobi grafika kasety magnetofonowej, a jednym z kosmetyków jest puder firmy Constance Carroll, która była marką kultową w latach 90'. Jeśli jesteście w podobnym wieku co ja to na pewno robiłyście makijaż na szkolną dyskotekę kosmetykami Constance Carroll ;)

Jeżeli jesteście ciekawi co dokładnie znajdowało się w moim listopadowym ShinyBoxie, zostańcie ze mną :)

Constance Carroll, Puder prasowany Compact Refill, produkt pełnowymiarowy, 10, 35zł/12g

Puder w kompakcie zawsze się przyda, a do tego ten konkretny przywołuje tyle wspomnień :) Z ulotki dołączonej do ShinyBoxa dowiedziałam się, że był jednym z pierwszych kosmetyków kolorowych sprzedawanych w Pewexie :)

Delawell, Słodkie masło do ciała Sweet&Natural, produkt pełnowymiarowy, 34,99zł/100ml

Jest to produkt w 100% naturalny. Producent obiecuje nawilżenie i wygładzenie skóry. Uwielbiam masła do ciała i zużywam je w ekspresowym tempie, dlatego cieszę się że mogę uzupełnić zapasy.

Stenders, Żurawinowy żel pod prysznic, Travel size, 9,90zł/50ml

Firmę Stenders bardzo lubię i poznałam ją dzięki ShinyBox. Podróżna wersja żelu pod prysznic, który już dobrze znam super sprawdzi się podczas wyjazdów.

Mollon Pro, Utwardzający lakier do paznokci, produkt pełnowymiarowy, 18zł/15ml

Jeden z moich ulubieńców w listopadowym boxie. Choć mam mnóstwo lakierów do paznokci i trudno mnie zaskoczyć w tej kwestii to w pudełku znalazłam tak piękny kolor lakieru że nietrudno o zachwyt! Jest to głęboka, ciemna czerwień z dodatkiem błyszczących drobinek. Kolor wręcz stworzony na zimę, już wyobrażam go sobie z czarną, koronkową sukienką i naszyjnikiem z pereł.

Elfa Pharm, Mydło do twarzy i ciała Vis Planstis, produkt pełnowymiarowy, 3,99zł/70g

Jeszcze go nie testowałam, ale już samo patrzenie na opakowanie sprawia przyjemność. Raczej nie zdecyduję się na mycie nim skóry twarzy, bo mam do tego sprawdzone produkty, ale do ciała jak najbardziej.

Delia, Błyszczyk do ust Glamour Liquid Color, produkt pełnowymiarowy, 6,44zł/szt.

Ja otrzymałam błyszczyk w odcieniu jasnego, brudnego różu. Dotychczas użyłam go tylko raz, ale wydaje mi się fajnym produktem na co dzień – delikatny, dającym subtelne krycie i nawilżenie ust.

Qbox, Herbata smakowa, upominek, 20zł/100g

Ja otrzymałam herbatę o nazwie Idealny Poranek, która jest czarną herbatą zawierająca bergamotkę i kwiaty chabru. Jestem ogromną wielbicielką herbat, więc już nie mogę się doczekać aż przetestuję nowe smaki :)

Beautyblender, Gąbeczka Blotterazzi, Nowość, Szczęśliwe Pudełko, 75zł/zestaw

Ten gadżet jest dla mnie totalnym objawieniem i za takie perełki uwielbiam ShinyBoxa. Różowa gąbeczka w kształcie łzy ma za zadanie pochłaniać nadmiar sebum, nie ścierając przy tym makijażu. Ja jako osoba, która zawsze ma przy sobie bibułki matujące aż się wyrywam, żeby przetestować to różowe maleństwo. Taka gąbka oczywiście jest gadżetem wielokrotnego użytku, ale musimy ją regularnie czyścić. Jestem bardzo ciekawa czy gąbeczka sprawdzi się i z powodzeniem zastąpi bibułki matujące.

Oprócz wszystkich wymienionych powyżej kosmetyków w moim boxie znalazły się także: koszulka oraz przypinka ze sklepu pewex.pl i torba pełna kolorówki Bell.

Kosmetyki do makijażu Bell znam dość dobrze i chociaż są one niedrogie to ich jakość naprawdę dobra. Od lat sięgam po róż tej firmy. Teraz dzięki Shiny Box będę miała również możliwość przetestować eyeliner, bazę pod cienie, korektor, żel do brwi i cienie w kredce. Zdradzę wam, że eyeliner już zdążyłam przetestować i jest naprawdę świetny. Forma pisaka pozwala na stworzenie precyzyjnej kreski, czerń jest mocna i głęboka a kreska utrzymała się na powiece przez 12 godzin!

Jeszcze raz ogromna pochwała dla ShinyBoxa za stworzenie tak dobrego pudełka! Jestem pod wrażeniem.

15:12, makeuphunter , ShinyBox
Link Komentarze (1) »
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Instagram